sobota, 26 sierpnia 2017

untitled

pierwszym moim zamiarem było nadanie tytułu temu wpisowi (składnia ok?) "pierdololo". jak widać, zdanie zmieniłam. pewnie ostygło już to, co miałam w głowie. tak bywa.

ostatnio byłam na urlopie (na takim prawdziwym, po raz drugi w życiu). północ Hiszpanii, Kraj Basków dokładnie, 20 st. było najniższą temperaturą, a moim największym problemem poparzona skóra i brak cienia. w kraju burze i deszcze... . tak również bywa. 
podczas tego mojego wypoczynku, oprócz maili dotyczących pracy (przekleństwo aplikacji poczty i wszechobocnego wifi), dochodziły do mnie różne wieści ze świata. jedną z takich był wpis, a właściwie reakcje na niego, niejakiego dra Mateusza (podobno kołcza wszystkich Polaków). 

przyznam się od razu, że raz czy dwa mignęło mi jego nazwisko, raz wysiliłam się przeczytać jakiegoś posta (musiał być krótki, bo ja długich form nie przyjmuję - za leniwa widocznie jestem) i nie zapałałam sympatią. już wtedy wydało mi się to właśnie czymś w rodzaju pierdolenia. przepraszam bardzo, ale nic nie poradzę. widocznie wraz z lenistwem mam z założenia nie-nurzanie się w mainstreamie światopoglądowym/życiowym. i tak to widzę - jako trend, podobnie jak wielkie boom triathlonowe, paleowo-bezglutenowe i rozwojowe. jak sobie o tym Mateuszu myślę, to w głowie pojawia mi się Ewa - trenerka wszystkich Polek. nie nie nie!*

i właśnie w tym momencie powinnam uderzyć się w piersi, i pierwsza rzucić kamień, bo (pewnie nie wiecie) zwracam uwagę na to co jem (i tak, pszenicy staram się unikać), kibicuję mojej siostrze i szwagrowi w uprawianych przez nich sportach oraz... pracuję z ludźmi, pokazując im jak można się komunikować!
myśląc o tym poście (a miałam pewność, że chcę go napisać), zastanawiałam się co tak naprawdę chciałam/chcę przekazać, o co mi chodzi(ło), co też takiego zaległo mi w sercu i w trzewiach, i nie dawało spokoju. i chyba chodzi o odpowiedzialność. 

odsuwam na bok kwestię podejścia Mateusza do żony, jej poświęcenia, bycia z tyłu na zdjęciach. nie znam ich historii, nie wiem na jaki układ między sobą się zgodzili lub nie zgodzili, ale z jakichś względów utrzymują. ich sprawa. dopóki on albo ona nie głoszą prawd objawionych, nie wchodzą z buciorami do mojego ogródka, mówiąc, że coś mogę a czegoś nie, i, co dla mnie najważniejsze, nie krzywdzą kogokolwiek, niech robią co chcą. 

jeśli ma on rzeczywiście taki odbiór (a like'i, nawet po odliczeniu tych kupionych, nie kłamią), to jego sukces. jeśli jeździ po całym świecie, rozmawia z ludźmi, pokazuje i inspiruje, to świetnie. jeśli, tak jak Ewa podniosła z kanap miliony kobiet, zmobilizował tysiące, a może też miliony osób do zmiany, gratuluję z całego serca. nie wiem tylko czy skutecznie zaakcentował wysiłek, jaki trzeba w tę zmianę włożyć. i tutaj pojawia się odpowiedzialność właśnie.

bo widzicie, podobnie jak kiedyś papier, kanał audio-video przyjmie sporo. jako taka prezencja (kwestia gustu, ale on chyba mieści się w kanonie), historia o schudnięciu i przebytej (nierzadko ciężkiej - tu już uogólniam) drodze, gadane jak to mówią, i można nawijać makaron na uszy. być może niejednej osobie pomoże w ten sposób, zmotywuje do pracy nad sobą, pokaże, że można inaczej. tak trzymać! chciałabym mieć jednak pewność, że oni wszyscy są zaopiekowani - wiedzą, że w razie czego mają się do kogo zgłosić, a także (to druga strona medalu) że sami są za siebie odpowiedzialni. 

praca nad sobą i ze sobą bywa trudna, niejednokrotnie wymagająca podjęcia niełatwych decyzji, bolesna czasami. przechodząc niewinne z pozoru ćwiczenie można się posypać. trzeba mieć wtedy pewność, że obok będzie ktoś (czasami coś), kto pomoże nam się pozbierać do kupy. warto być świadomym, że po zakończonym procesie (o ile się skończy) może być inaczej - albo tak samo. wszystko może się zdarzyć. chciałabym mieć pewność, że o tym również jest mowa. takiej pewności niestety nie mam.

o tej odpowiedzialności jeszcze: zawsze leży ona po obu stronach. PIERWSZA - osoba, jak na przykład Mateusz, czy skromna ja, decydująca się na pokazywanie ludziom konkretnej ścieżki, innej drogi czy podejścia, musi brać odpowiedzialność za swoje słowa i czyny. musi zadbać, żeby jej przekaz był jasny i czytelny dla wszystkich odbiorców. musi upewnić się, że jej intencja/e zostały tak odczytane, jak je przekazała. musi sprawdzać, wyjaśniać i dojaśniać. w hurra-koncepcjach i akcjach brakuje mi tego. DRUGA - strona biorąca musi wziąć odpowiedzialność za swój udział i za to, co zrobi, jak coś zacznie się dziać. musi sama zadbać o swój komfort. jeśli coś jej nie pasuje i obciera, jak nowy skórzany but, warto żeby zaczęła pytać.

z mojego punktu widzenia, tak właśnie to wygląda. raczej nie taca z cukierkami, mieniącymi się ferią barw i pachnącymi, że ACH, a koszyk z owocami, wśród których trafią się robaczywe albo zgniłe. nie mając wpływu na to, co ktoś podsunie mi pod nos, biorę odpowiedzialność za wybór jakiego dokonam - z wszystkimi jego konsekwencjami. trudne to.


*wyrażam moje osobiste zdanie.



niedziela, 21 maja 2017

dzikuska

"zastanawialiście się kiedyś nad tym, co właściwie robicie na tym świecie? jaki macie wkład w jego, hmmm, funkcjonowanie? jaka jest wartość Waszego jestestwa, Waszej pracy? pewnie nie, a nawet jeśli jednak, to nieczęsto. tyle się dzieje, że na takie rozmyślania pewnie nie macie czasu. co mogę zatem powiedzieć o sobie, błądząc myślami w tym podobnych obszarach? ok, schodzę na ziemię!

w prozie życia można jedna również się zatracić. niedawno to do mnie dotarło: rozmawiając z moją dentystką (chociaż z otwartą buzią prowadzenie dialogu jest raczej umowne) o potrzebie socjalizacji i wartości kontaktu z innymi ludźmi, uświadomiłam sobie, że zdziczałam ostatnio. ja, niejako zdrodzona do podtrzymywania relacji i pracy w zespołach różnej maści, z mega uważnością na innych i gotowością empatyzowania w każdej niemal chwili, nie czuję się komfortowo wśród ludzi.

poczucie mojego wyobcowania ma bardzo realny wymiar: na co dzień pracuję z dość małą grupą dzieci (czasami doliczam do tego ich rodziców), dodatkowo niemal w lesie, w domu jesteśmy we dwójkę, ze znajomymi spotykam się ostatnio rzadko, szanse na kontakty z większą liczbą osób mam zatem niewielkie. czasami jednak muszę wyjść z mojej skorupki i stawić człoło... światu.

zdaję sobie sprawę, że właśnie osiągam...".   

powyższy fragment pisałam z przerwami przez mniej więcej dwa ostatnie miesiące (no cóż). jego zawartość jest nadal aktualna, ale zdecydowałam się zmienić ton tego, co chodzi mi po głowie. to, że zamykam się w skorupce to prawda - z kolejnymi latami lepiej czuję się w mojej strefie komfortu niż na zewnątrz. mam sporo wymówek, żeby nie poznawać ludzi. z drugiej strony bardzo potrzebuję kontaktu, lubię dłuższe posiadówy, imprezy, takie obcowanie na lajcie, bez napinki i wymuszonych smalltalków (jestem mega słaba jeśli o to chodzi, albo mega leniwa).

w każdym razie, przyznaję, jestem dzikuską... i chyba nie najgorzej mi z tym. kreuję mój świat, jestem też coraz częściej przy sobie (określam moje granice, komunikuję je na zewnątrz, czasami nawet egzekwowuję, przy jednoczesnym uznawaniu innych osób - jednym skrótem: dbam również o siebie), pozwalam sobie wybierać. podobno mi to służy. osoby, z którymi mam styczność, bywają zaskoczone, ale na ogół, po jakimś czasie przyjmują... mnie.

tak jest u mnie ostatnio.

Internety


niedziela, 1 stycznia 2017

CYTO CYCKI

pierwszy dzień nowego roku wydaje się idealnym do czynienia planów i podejmowania postanowień, na realizację których zostaną całe 364 dni. pomimo życzeń składanych innym i sobie w okresie świątecznym, takich, żeby dobrze było, satysfakcjonująco i kochająco, nie zamierzam - zresztą, jak w latach poprzednich, postanawiać czegokolwiek (prawda jest taka, że długofalowe planowanie w moim przypadku nie ma po prostu sensu). z noworocznych rzeczy, które dzisiaj zrobiłam była kąpiel z pianką oraz drugie podejście do chleba z kaszy gryczanej.

dość powszechną rzeczą praktykowaną, tym razem z końcem każdego roku, jest dokonywanie podsumowań. przyznam szczerze, że nieraz miałam zamiar zrobić coś takiego (tak, dla siebie), ale za każdym razem kończyło się na chęciach. w tym, poprawka w poprzednim roku, bardzo chciałam Wam i sobie jednocześnie jednak o czymś napisać. okołoświąteczne obowiązki okazały się dość absorbujące, więc robię to teraz.

bez zagłębiania się w całą historię, napiszę wprost: mniej więcej w połowie grudnia okazało się, że siedzi we mnie drań - guzek piersi, co samo w sobie wywołało we mnie niepokój, a biorąc pod uwagę genetyczną historię kobiet w mojej rodzinie, nieźle mnie (i nie tylko) przeraziło. co prawda, wstępne oględziny wskazywały na twór nieszkodliwy, ale sprawdzić było trzeba. bardzo szybko udało mi się umówić na biopsję za miliony monet, miałam więc nadzieję na maksymalne skrócenie czasu niepewności. okazuje się jednak, że służba zdrowia, bez znaczenia jakiego finansowania, wystawia Ciebie na próbę cierpliwości i czas oczekiwania nieco się przedłużył. w każdym razie, jeszcze w 2016 otrzymałam diagnozę, potwierdzającą wstępne podejrzenia. przyznam szczerze, odetchnęłam z wielką ulgą.

przejdę teraz do sedna. powyższego wyznania nie napisałam dla większej ilości odwiedzin i ewentualnych lajków. to jest mój apel do Was Dziewczyny i do Was Chłopaki. badajcie się na dole, na górze, wzdłuż i wszerz. badajcie się z głową i systematycznie, nawet za gruby hajs (smutna rzeczywistość). zachęcajcie do tego swoich bliskich i pamiętajcie o sobie. ja już wiem, że co roku oprócz na cyto, będę też chodziła na cycki. 

wszystkiego zdrowego! 

piątek, 9 grudnia 2016

po babsku

kolejny post zaczynałam kilka razy. miał być o wspomnieniach i o tym, że jestem prostytutką, stanęło jednak na kobietach. napisałam kiedyś, że z babkami to wina napić się możesz, warkocze pozaplatać, dzieci pobawić, pierza poskubać. mogę, i od czasu do czasu potrzebuję.

całkiem niedawno spotkałam się z moimi kobietami. rozjechałyśmy się trochę po kraju, mamy teraz różne sprawy na głowie - takie wiecie, dzieci, nowe mieszkania, praca... już nie studencka proza życia. kiedyś wyjazd na weekend do koleżanki studiującej w innym mieście obejmował co najmniej trzy dni, nam teraz musiały wystarczyć niecałe dwa.

wyobraźcie sobie siedem dziewczyn w jednym miejscu, każda inna, począwszy od temperamentu, skończywszy na stylu odzieżowym. niektóre z nich widziałam ostatnio rok temu, z innymi udało mi się zobaczyć przed paroma miesiącami. w zeszły weekend było tak, jakbyśmy nie widziały sie raptem miesiąc. taka chemia!

co robiłyśmy? w naszym przypadku nie było piżam, malowania paznokci i Dirty Dancing. nie miałyśmy na to czasu. były za to drinki, raczej zdrowe przekąski, rozmowy i wspólne wyjście na imprezę. i jak to jest, że mając wywalone na wszystko, bez parcia, że on/oni Ciebie/Nas zauważy/zauważą, za to ze szczerą radością z zabawy, byłyśmy otoczone, a z czasem osaczone, przez przedstawicieli płci przeciwnej? taka chemia!

towarzystwa i kobiecej energii potrzebuję, jak przysłowiowa ryba wody. nie wyobrażam sobie, żebyśmy, będąc nawet oddalone o dziesiątki kilometrów i setki własnych spraw, nie były z sobą w kontakcie. wiedząc jednak, jak to w życiu różnie bywa, wystarczy mi sama świadomość tego, że są, że mogę od czasu do czasu zadzwonić lub napisać, dowiedzieć się co słychać. w tym upatruję jakość prawdziwej więzi.

Internety

dziękuję Wam bardzo!


środa, 31 sierpnia 2016

wyluzuj

na jednej ze ścian w mieszkaniu mojej siostry zamocowany jest napis "wyluzuj" - kupili sobie z P. na jakiejś hand made imprezie, w charakterze prezentu. dobry wybór! ilekroć znajduję się w sytuacji, w której mega się napinam, przywołuję sobie w pamięci ten obraz.

napina(ła)m się bardzo. zwłaszcza jak jestem za coś odpowiedzialna. no przecież wszyscy na mnie liczą, ma być pięknie, dobrze dla każdego, a jak coś pieprznie to będzie na kogo. tak sobie myślę. poprawka... myślałam jeszcze do niedawna. już kiedyś pisałam o strategii wyluzowywania. na początku przychodziło mi to z trudem, ale teraz coraz częściej powtarzam sobie jak mantrę, że nie wszystko jest zależne ode mnie(!) ot, taki truizm - rzecz można - jak bardzo zapomniany, ale jakże prawdziwy. mało tego, na warsztatach, które sporadycznie prowadzę, sprzedaję uczestnikom jeszcze jedno: "nikt nie czyta w waszych myślach (ani Wy nie czytacie w niczyich myślach)". z taką wiedzą życiową staram się teraz kroczyć przez życie.

zastanawia mnie, a nawet obawiam się tego, że mogę popaść w przesadę. ostatnio zaczęłam przedstawiać moje zdania - w tym sprzeciwy, w różnych kwestiach. mam wrażenie, że spotyka się to ze sporym zdziwieniem ze strony moich rozmówców. może to trochę tak, jak w tym kawale o Jasiu, który nie mówił dopóki na obiad był kompocik? może moja strefa komfortu została naruszona już do takiego stopnia, że postanowiłam w końcu odezwać się?

tak czy inaczej, jest mi z tym coraz lepiej. świadomość tego, że choćbym się nadęła jak balon i stanęła na rzęsach, przy jednoczesnym braku współpracy drugiej strony (z różnych względów), to i tak niczego sensownego nie osiągnę, dodaje mi lekkości. podążam teraz zupełnie inną ścieżką.

nie myślcie sobie jednak, że jestem już mistrzem zen. wrodzona zadaniowość i zniecierpliwienie nadal uaktywniają się w podbramkowych - deadline'owych - sytuacjach. jestem gotowa rozstawiać wszystkich i wszystko po kątach. powtarzam sobie jednak codziennie, że mam wpływ jedynie na to, na co mam. odpuszczam sobie coraz częściej. jest dobrze.

Internety



czwartek, 11 sierpnia 2016

pomarz sobie

"marzy mi się hamak na balkonie. balkon już mam - przy okazji, w pakiecie razem z poczuciem bezpieczeństwa i bliskości. hamak to kolejny krok. marzą mi się też kwiaty w skrzynkach, pies wyprowadzany na zmiany oraz...". tak napisałam na pisankowym fb 22 czerwca, półtora miesiąca temu. ostatnie - zwłaszcza dwa - miesiące były szalone. 

nie rozpiszę się na temat pracy na pełnej..., co najmniej 11 godzin dziennie, właściwie przez 7 dni w tygodniu, stłuczce na prawie obwodnicy, powodzi stulecia i doświadczeniu jazdy w ulicznym potoku z lekko naderwanym zderzakiem przednim, ani o tym jak kolejny raz pojechałam wolontariacko na obóz i od samego początku zadawałam sobie pytanie "co ja tutaj robię?!". wspomnę jedynie o mega satysfakcji i dużym zmęczeniu, które zaczęłam odczuwać dopiero wczoraj.

miało być o marzeniach. od kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego marzyłam o fajnym miejscu, w którym razem ze znajomymi mieszkałabym dłużej niż kilka miesięcy - takim, w którym byłby wspólny wieszak na kurtki i półka na buty, o którym mogłabym powiedzieć "mój dom". w rzeczywistości bywało różnie. czasami wspólne imprezy, uczenie się do sesji i comiesięczne porządki (tak wychodziło;) ), a czasami noszenie ze sobą akcesoriów higienicznych(!) i zamykanie pokoju na klucz. to jednak za mną. teraz nie wyobrażam sobie mieszkania w podobnej konfiguracji. nie ten etap. ale marzenia... 

zdają się one być wyrazem potrzeby - jakkolwiek ją rozumieć - stabilizacji i posiadania jakiegoś pewnika. jak wspomniałam, balkon zyskałam przy okazji. niezagospodarowany, ale jest. w każdej chwili mogę z niego skorzystać, robię to jednak rzadko. hamak pewnie przy tej pogodzie to już nie w tym roku - ważne jednak, że jest taka możliwość. 

kwiaty od zawsze kojarzyły mi się domowo. co prawda, warto o nie dbać, by jak najdłużej cieszyły oko (mam z tym problem), ale już sam fakt hodowania czegoś, co nie jest fasolą na gazie robi mi dobrze. plan na kwiaty jest - dzisiaj nawet oglądałam odpowiednie sadzonki. jeszcze tylko skrzynki, akceptacja drugiej strony i działam! dopóki zapał nie minie. pies to wyższa szkoła jazdy...

także tak... po tych miesiącach pracy odpoczywam, pozwalam sobie napisać coś, co nie jest zleceniem, czytam książkę dłużej niż pół godziny (na więcej wcześniej nie miałam siły i czasu), piekę ciastka i marzę. zaczynam jednak powoli odczuwać zniecierpliwienie i jakby wyrzuty sumienia. 

dobrze, że niedługo wyjeżdżam, odcinam się na jakiś czas...

Internety







wtorek, 3 maja 2016

zmiana.

z osobistych obserwacji wnioskuję, że zmianę dobrze zapowiedzieć. akcje typu "365 dni do lepszego życia" są z pewnością spektakularne - zwłaszcza na początku. znam osoby, które z myślą (nadzieją może) o realizacji planu, mówią o nim niemal wszystkim. ja mam odwrotnie. nie mówię, robię swoje, a jak się uda, cieszę się z bliskimi.




ostatnio uzmysłowiłam sobie, że moja zmiana dzieje się już ponad rok. zakończenie czteroLetniego związku, decyzja o wzięciu udziału w studium rozwoju osobistego (polecam serdecznie), nabranie nieco odwagi, przeprowadzka do Gdańska i będące jej konsekwencją nowe znajomości i projekty... dzieje się.

zauważyłam też, że do zmiany muszę się przygotować - poczynić pewne kroki, zdobyć informacje, zrobić rozeznanie, odczekać odpowiednią ilość czasu. w takiej sytuacji czuję się bezpiecznie, kontroluję jej przebieg, mam wpływ na wszelkie modyfikacje, a w przypadku jakiegokolwiek zwrotu akcji, wyciągam plan B. 

życie to jednak nie serial na dwójce, potrafi zaskoczyć. co wtedy u mnie? płacz i nostalgia. tak mniej więcej przez dwa dni. czuję się wtedy wytrącona z mojego naturalnego - bezpiecznego - trybu, emocje uchodzę z całą mocą, a włączany automatycznie mechanizm obronny każe mi się wycofać do mojej skorupki. bywam też mało przyjemna. po czasie wracam do mojej normy. przyjmuję zaistniałe okoliczności i szukam rozwiązań. z pewnym zdziwieniem też lustruję siebie sprzed kilku dni. 

histeria powiecie? żadna to przecież katastrofa znowu szukać mieszkania lub nowych zleceń. nikt nie choruje, wojny póki co nie ma, wiosna w rozkwicie, coraz dłuższe dni i coraz więcej słońca. takie zajścia uzmysławiają mi jednak to, jak wiele mam; jaka ze mnie szczęściara, że mam bliskich, na których mogę liczyć. w przypływie entuzjazmu dostrzegam nawet to, ile sama osiągnęłam. 

tak mnie ten maj nastraja. dla mnie to szczególny czas. ulubiony. na przestrzeni lat, wydarzyło się w tym miesiącu wiele dobrego. czekam na więcej!