sobota, 20 czerwca 2015

ponad

,
w ciągu ostatnich dwunastu lat przeprowadzałam się dziewięć razy(!). teraz będzie dziesiąty. tym bardziej spektakularny (dla mnie przynajmniej), ponieważ do innego miasta. znajdując się w obliczu pakowania, nie ma to jednak znaczenia - z każdą przeprowadzką utwierdzam się w, skądinąd przykrym, fakcie, że mam coraz więcej rzeczy. gromadzę ponad stan.

dlaczego przykrym? po pierwsze (jak mawiał klasyk) primo: ilość dobytku stanowi swojego rodzaju kłopot logistyczny. trzeba to spakować, przewieźć, rozpakować też by się przydało. pomieścić to wszystko w nowym lokum. bardzo niepraktyczne. po drugie primo: czy ja z tego wszystkiego korzystam? z tych wszystkich ubrań, butów, pierdół większych i mniejszych, książek (tak!). po trzecie..., niemodne to takie, zużyte niektóre, nie w trendzie. chociaż podobno moda wraca.


staram się ograniczać. nie, nie na siłę, z głową. z uwagi na niewielką liczebność mojego gospodarstwa domowego (sztuk jeden), jedzenie kupuję i konsumuję na bieżąco, ciuchy wybieram takie, żeby do wszystkiego pasowały - czasami się uda, książki staram się (wy)pożyczać, choć w tym przypadku jest ciężko (marzy mi się półko-ściana zapełniona słowem w oprawie). i jakie efekty? wymierne: na koncie więcej, przestrzeni więcej. minusów praktycznie brak.

w przesadę jednak usiłuję nie popaść. analogicznie do zasady "co za dużo, to nie zdrowo", nadmierny minimalizm jest co najmniej niewygodny. krótko mówiąc: jak nie masz, to nie masz. i choćbym się..., nie ugotuję zupy w garnku, którego nie posiadam. 
Read more →

wtorek, 26 maja 2015

Opowiadanie #1

,
"Nikt nie siedzi"

Wiolka miała trzydzieści lat. W jej pojęciu był to wiek przejściowy, czuła się jakby ponownie była nastolatką – ani dzieckiem, ani osobą dorosłą. Ochronny okres studiów zdecydowanie minął, a ten wczesno-dojrzały, rozwojem zawodowym i kredytem hipotecznym stojący, jeszcze nie nadszedł. 

„I dobrze, podążam własną ścieżką” – mówiła głośno, w skrytości jednak tęskniąc trochę za przewidywalnością systemu. Praca w korpo, to mogłoby być to. Przynajmniej na chwilę, początek chociaż. Doświadczenia nabrać, z karty multisport korzystać, integrować się piętrami/działami/pokojami, chodzić w szpilkach (choć nie umie), w marynarkach, obcisłych spódnicach i koszulach białych (choć nie lubi). Pracować w zespole, pod presją i przełożonym (czasami nad), w zespole, po godzinach, nie mieć życia prywatnego, chodzić do terapeuty, wypalać się, brać zwolnienia, chodzić do terapeuty, mieć wszystkich i wszystko w dupie, mieć psa, który sam się wyprowadza, chodzić do terapeuty, nie spożywać glutenu, uprawiać crossfit, jogging i seks tantryczny, chodzić do terapeuty. Później poszłaby na swoje. Zdecydowanie!

Na razie jednak, Wiolka pracowała w policyjnej izbie dziecka. Po studiach dostała się tam na staż i już została, na dobre i na złe. Jako świeżo upieczona pani psycholog, nie mogła lepiej trafić – myślała. Ciągła akcja, rotacja bohaterów, historii, dramatów i emocji. O tak! Te lubiła najbardziej. Jeszcze na studiach wkręciła się w komunikację opartą na empatii. Bez ocen, interpretacji, żądań – za to z obserwacją, zrozumieniem i współodczuwaniem. Do tej pory, raz w tygodniu chodziła na warsztaty poświęcone empatycznemu porozumieniu.

Nastawienie na innych Wiolka miała we krwi. Wyssane z mlekiem matki nauczycielki, wytrenowane u boku ojca pediatry, świetnie sprawdzało się przy młodszej siostrze, w kontakcie z dzieciakami z drużyny lekkoatletycznej, którymi opiekowała się, gdy była w liceum i teraz, w pracy z młodocianymi. Oprócz tego, razem z przyjaciółką, psycholożką z miejscowej poradni psychologiczno-pedagogicznej, prowadziła warsztaty dla rodziców. Miała przestrzeń do treningów.

Zdolność do wsłuchiwania się w uczucia innych osób opanowała niemal do perfekcji, osiągnęła czwarty poziom w procesie uczenia się – nieuświadomioną umiejętność. Kłócąca się para w restauracji – bach: lęk i samotność, uciekające od matki dziecko – ciach: smutek i brak bezpieczeństwa, krzycząca na siebie, siedząca w samochodzie, para – proszę bardzo: potrzeba zrozumienia i okazywania bliskości. Empatyczny radar działał non stop. Coś jednak zaczęło pękać. Znacie to uczucie: przesłodzenie, wydobywający się zewsząd mdły zapach, smak bitej śmietany wylewający się uszami? To właśnie zaczęła czuć. 

Ilekroć mąż przyjaciółki zabierał ich dzieciaki do wiejskiego domu swoich rodziców, Wiolka nocowała u Magdy. W zależności od potrzeb, chęci i nastawienia, przygotowywały wtedy kolejne warsztaty, rozmawiały o tym i o tamtym, śmiały się, płakały, zawsze jednak słuchając siebie z wielkim zrozumieniem, uwagą, stosując komunikaty zwrotne. Empatyczna kąpiel z aromatem uważności.

Trzeba wiedzieć, że Wiolka była również słuchaczem, takim przez duże ES. Lubiła słuchać. Lubiła też dopytywać. Nie oceniała. Przyjmowała wszystko, powtarzając że wiele rozumie. Zdawała sobie sprawę, że inni to zauważają i nawet doceniają. Owszem, mówiła też o sobie, ale raczej w duchu mielenia wszystkiego po raz setny. Miała poczucie, że i tak nic z tego nie wynika. Przesiąknięta wrażliwością na swego rozmówcę, nie była w stanie powiedzieć, co tak naprawdę leży jej na sercu – „że kurwa mam dosyć, przesadzasz z tym wszystkim, odpuść sobie i idź dalej” – nie potrafiła. A tak bardzo chciała.

Pewnego sobotniego ranka nastąpił przełom. Jak zwykle w trzeci weekend miesiąca spała u Magdy, jak zwykle miały zjeść śniadanie, po którym planowały iść na targ, po zakupy na kolację z koleżankami "jeszcze ze studiów". Wiolka wstała i "o rzesz kurwa… tak szybko?!" Zaciskając wyćwiczone mięśnie kegla, ściskając czystą bieliznę w garści, skierowała się do łazienki, gdy nagle Magda ubiegła ją, rzucając w locie „ja na chwilkę”. Nie, nie powiedziała jej, że jest w podbramkowej sytuacji, nie zapukała do drzwi prosząc, żeby ta się pośpieszyła. Zacisnęła nogi jeszcze bardziej i stała między pokojem a łazienką, zastanawiając się co zrobi, gdy z niej chluśnie. Posprząta? Z narastającym wkurwem zaczęła rzygać. Wymiotowała z takim impetem, jakby chciała wyrzucić z siebie te wszystkie słowa i emocje. Gdy nie miała już siły buchnęła płaczem. Zdała sobie sprawę, że nikt, absolutnie nikt nie siedzi w jej głowie i nie wie, czego ona potrzebuje, o czym myśli, co czuje – jeśli nie będzie o tym mówiła wprost, nikt się nie domyśli. Zdała sobie sprawę, że sama musi o siebie zadbać.

Read more →

niedziela, 19 kwietnia 2015

z kobietą

wczoraj, rozmawiając między innymi o relacjach, usłyszałam pytanie: 

"czy masz dobre relacje z kobietami?"
"z większością tak" odpowiedziałam po chwili (a jednak) zastanowienia.

w obliczu tego, że sama jestem kobietą(!), odkrycie (a właściwie sam fakt jego dokonania), że obracam się niemal wśród samych kobiet, wydaje się absurdalne. przecież to takie OCZYWISTE. kobietą się urodziłaś, kobietą umrzesz. a po drodze... facet jeden, drugi. do flirtu, tańca, łóżka, do siat noszenia, ogródka kopania. a z babkami to wina napić się możesz, warkocze pozaplatać, dzieci pobawić, pierza poskubać. od czasu do czasu, przyznaję, mogę. 

od czasu do czasu jednak, odczuwam przesyt. brakuje mi męskiej energii. takiej wokół. nie testosteronu, nie owłosionej klaty, skarpet na podłodze, zakładanych - "przecież świeże" - następnego ranka. brakuje mi wymiany myśli, specyfiki humoru, innego spojrzenia, dyskusji na temat książki (nie przesadzam), poglądu, pogody nawet.

zapewne dlatego siedzę raz w tygodniu w coworku w sali z samymi facetami (było już o "fucking weather", czajnikach, olejach silnikowych, herbacie i górach). zapewne z tego samego powodu sięgnęłam po książkę Jacksona Katza "paradoks macho". ciągle mi mało.

dzisiaj obejrzałam film. "jak całkowicie zniknąć". w zamyśle reżysera miało być (i nawet było) o uczuciu, rodzącej się miłości, namiętności, chyba nawet pożądaniu. ja odkryłam coś dla siebie: jednak tylko z kobietą mogłabym w taki sposób spędzić noc. eksplorować miasto, bawić się, przez chwilę być KIMŚ INNĄ.

potrzebuję obu pierwiastków.



kadr z filu

Read more →

sobota, 11 kwietnia 2015

nie ma za co...

,
ej, serio? skoro tak, następnym razem bez zawahania skorzystam z Twojego czasu, zaangażowania, cierpliwości, dobrego samopoczucia. odezwę się, jak będę w potrzebie. nara!




zastanawialiście się kiedyś jak często ignorujecie siebie? ile razy w ciągu, powiedzmy tygodnia mówicie, że to co zrobiliście jest tak naprawdę niczym dla Was  (dla drugiej strony z pewnością ma to znaczenie  - i to jakie!)?

ostatnio właśnie wpadłam na taką myśl. lubię pomagać, wyręczać czasami, współtworzyć, być nawet potrzebną. jeśli mam czas, wystarczające zasoby i najzwyklejszą chęć, czemu nie. zaczynam jednak doceniać siebie. bez kokieterii: zajebiście mi słyszeć, że ktoś jest mi za coś wdzięczny. tak naprawdę, za konkret. zrobiłam, kupiłam, popilnowałam - no, to dzięki - no to, proszę/cieszę się, że mogłam pomóc/miałam możliwości, więc spoko majonez/oczekuję od Ciebie możliwości zwrócenia się przeze mnie o pomoc itd.

w relacji nieobciążonej ładunkiem emocjonalnym, np. czysto biznesowej, za nasz czas, wiedzę i umiejętności wystawilibyśmy rachunek. mało tego, oczekiwalibyśmy zapłaty. a w relacji bliskiej, bliższej i najbliższej? nie ma za co!

oduczam się tego zwrotu. staram się odpowiadać po prostu: proszę. naprawdę, zrobiłam coś, bo byłam w stanie. przeznaczyłam na to część mojego czasu - prawda, ale zrobiłam to świadomie. tyle.

polecam ;)



Read more →

sobota, 21 marca 2015

eksperymenty

,
"idzie nowe!" - tymi słowami zaczęłam obecny rok. jakkolwiek banalnie to (nadal) brzmi - wszystkie te postanowienia, biała kartka, nowa droga etc., rzeczywiście przyszło. ogarnęło mnie, a właściwie to ja sama. dosłownie i w przenośni: ogarniam siebie, mój czas, plany. jak wspomniałam, banał.

nowe często wiąże się z nieznanym, nienazwanym, niewiadomym. trzeba się odważyć, wyciągnąć rękę, wsadzić palec w dziurę, kij w mrowisko, liznąć, wąchnąć. poeksperymentować jednym słowem. 


czynię eksperymenty. różnego rodzaju. sprawdzam siebie, sprawdzam opcje, obserwuję. jak kiełkujące na gazie - w słoiku na parapecie - do szkoły potrzebne - na środowisko w podstawówce - za moich czasów - ziarno fasoli. 

w ramach badań, na poczet przyszłych zawodowych planów, odwiedziłam lokalne biuro coworkingowe. poszłam na próbę, na dzień darmowy. spodobało mi się. nowe miejsce, nowi ludzie, zupełnie inna energia. dobrze mi się tam pracuje. odwiedzam je regularnie. eksperyment udany.

postanowiłam odstawić mleko krowie. choć faktycznie spożywa(ła)m go mało, tylko gorące z kawą i czasami w omletach, bo zwyczajnie surowego(?) nie lubię, nie służy mi. przerzuciłam się na mleko sojowe. tak tak, jakie to trendi, dżezi i w ogóle hipsta. prawie wege.

eksperyment, jak to w życiu bywa, nie powiódł się. moje ciało powiedziało nie! jak plaga egipska, poparzenia saharyjskim słońcem i ospa w wieku nastoletnim, odczułam boleśnie. jestem potężnie uczulona. czas na mleko ryżowe...

wczoraj byłam na spotkaniu grupy kobiet. po raz pierwszy na takim. jedyna mi blisko znana, kilka z widzenia, reszta obca. mamy spotykać się regularnie. wsparcie? terapia grupowa? wymiana doświadczeń? jestem ciekawa, co z tego wyniknie. jestem ciekawa siebie, bo choć potrzebuję przegadywać emocje, przeżycia i myśli, nie lubię wystawiać się na pokaz obcym. eksperyment trwa.

co będzie dalej? idzie nowe ;)



Read more →

wtorek, 10 lutego 2015

.

,
wyobraź sobie, że stoisz przed murem. masz wrażenie, że zaraz pękniesz. nie możesz już tak, nie możesz już dłużej. nie masz już siły. 

scenariusz, tak dobrze znany, powtarza się. po raz kolejny. unosisz się na sinusoidzie zdarzeń. wiesz, że musisz coś zrobić. cokolwiek. znasz rozwiązanie. jedyne. właściwe.

moja ściana okazała się papierowa.



Read more →

sobota, 17 stycznia 2015

miasto mozaika

,
zazwyczaj początek nowego roku inspiruje do różnego rodzaju podsumowań i wymyślania postanowień. "zazwyczaj" nie znaczy "zawsze" i rojąc sobie osobisty nonkonformizm nie poczynię żadnego z wymienionych (ma to sens?).

nie będę jednak szczerą, jeśli powiem, że nie przywołuję sobie u/zbiegłego roku. funkcją pamięci, jest pamiętać właśnie i odtwarzać od czasu do czasu rzeczy przeszłe.

wydarzyło się sporo - i dobrych, i tych mniej, sytuacji. z jednej cieszę się najbardziej. w grudniu udało mi się pojechać z przyjaciółmi do miasta almodovarowskich bohaterek-ów (z nim nigdy nie wiadomo), genialnego architekta i chyba jednego z najbardziej znanych na świecie klubów piłkarskich (nie ręczę, tak słyszałam). byłam w Barcelonie.

o ile kupno biletów na ponad miesiąc przed wylotem można przyjąć za działanie pod wpływem impulsu, to owszem, Barcelonę i okolice zwiedziliśmy "na spontanie". plan był prosty: lecimy, nocujemy w hostelu, poznajemy miasto. wiadomo - Gaudi, wiadomo - La Rambla, wiadomo - Sagrada. właściwie, jedynym ustalonym punktem programu była wycieczka do Figueres, gdzie znajduje się muzeum Salvadora Dali (nie, nazwisko nie odmienia się), ale nic poza tym.

o Barcelonie napisano już mnóstwo. mnie zachwyciła bliskość morza - miasto integralnie łączy się z plażą (specjalnie zresztą usypaną na początku lat 90-tych), błękit nieba, słońce, zupełnie inne od naszego grudniowego i papugi "zamiast wróbli". zielone, skrzeczące całymi stadami, moszczą sobie gniazda w palmach. odlot ;) no i jeszcze Jason...

duch Gaudiego obecny jest wszędzie. kamienice, park Guell, motywy mozaiki właściwie na wszystkim. pięknie wykończone ławki i latarnie miejskie. plac/ulica, na której został potrącony przez tramwaj. tak, Barcelona będzie mi kojarzyła się z nim.

stolica Katalonii to zdecydowanie miasto wielokulturowe. międzynarodowy misz-masz zauważalny jest od pierwszej chwili. oprócz turystów, których łatwo poznać po mapach w garści, można spotkać wielu przedstawicieli bliskiego wschodu. widoczna jest również pewna ekonomiczna hierarchia: (na pewno) Pakistańczycy pracują w sklepach i hostelach; ci, którzy mieli mniej szczęścia sprzedają na ulicach piwo za jedno euro (w sklepie kosztuje mniej więcej pięćdziesiąt eurocentów) lub parasolki za piątkę - w zależności od warunków pogodowych; czarnoskórzy imigranci trudnią się również handlem ulicznym - dziewczyny sprzedają swoje ciała, chłopaki magnesy i koszulki.

z każdym miejscem, w którym byłam wiążą (mi) się konkretne wspomnienia. jak supełki na sznurku, przypominają mi określone obrazy, dźwięki, smaki, zapachy...
jedno wspomnienie będzie mi towarzyszyło już zawsze, Barcelona to zaszczane i zasrane miasto. każdego wieczora główne ulice miasta są zmywane. odór moczu łączy się z morską bryzą, a odchody ludzkie i psie leżą na ulicach. brak trawników i szaletów miejskich taki ma finał (nie warto zatem zalewać miast betonem). niezrozumiałe przeze mnie umiłowanie do ekskrementów przekłada się na świąteczną tradycję, którym głównym bohaterem jest "srający wujek" (caganer), przynoszący dzieciakom cukierki. na świątecznym jarmarku figurki przedstawiające wujka (w postaci drewnianego pieńka w czerwonym berecie lub czysto ludzkiej) były na co drugim stoisku. srający koszmar.

mimo wszystko, miasto jest super. polecam. raczej poza sezonem, raczej na własną rękę. rozbudowana komunikacja miejska zdecydowanie ułatwia pokonywanie długich odległości, a niedrogi nocleg można znaleźć w samym centrum. okazuje się, że świat jest na wyciągnięcie.
















Read more →