wtorek, 3 maja 2016

zmiana.

z osobistych obserwacji wnioskuję, że zmianę dobrze zapowiedzieć. akcje typu "365 dni do lepszego życia" są z pewnością spektakularne - zwłaszcza na początku. znam osoby, które z myślą (nadzieją może) o realizacji planu, mówią o nim niemal wszystkim. ja mam odwrotnie. nie mówię, robię swoje, a jak się uda, cieszę się z bliskimi.




ostatnio uzmysłowiłam sobie, że moja zmiana dzieje się już ponad rok. zakończenie czteroLetniego związku, decyzja o wzięciu udziału w studium rozwoju osobistego (polecam serdecznie), nabranie nieco odwagi, przeprowadzka do Gdańska i będące jej konsekwencją nowe znajomości i projekty... dzieje się.

zauważyłam też, że do zmiany muszę się przygotować - poczynić pewne kroki, zdobyć informacje, zrobić rozeznanie, odczekać odpowiednią ilość czasu. w takiej sytuacji czuję się bezpiecznie, kontroluję jej przebieg, mam wpływ na wszelkie modyfikacje, a w przypadku jakiegokolwiek zwrotu akcji, wyciągam plan B. 

życie to jednak nie serial na dwójce, potrafi zaskoczyć. co wtedy u mnie? płacz i nostalgia. tak mniej więcej przez dwa dni. czuję się wtedy wytrącona z mojego naturalnego - bezpiecznego - trybu, emocje uchodzę z całą mocą, a włączany automatycznie mechanizm obronny każe mi się wycofać do mojej skorupki. bywam też mało przyjemna. po czasie wracam do mojej normy. przyjmuję zaistniałe okoliczności i szukam rozwiązań. z pewnym zdziwieniem też lustruję siebie sprzed kilku dni. 

histeria powiecie? żadna to przecież katastrofa znowu szukać mieszkania lub nowych zleceń. nikt nie choruje, wojny póki co nie ma, wiosna w rozkwicie, coraz dłuższe dni i coraz więcej słońca. takie zajścia uzmysławiają mi jednak to, jak wiele mam; jaka ze mnie szczęściara, że mam bliskich, na których mogę liczyć. w przypływie entuzjazmu dostrzegam nawet to, ile sama osiągnęłam. 

tak mnie ten maj nastraja. dla mnie to szczególny czas. ulubiony. na przestrzeni lat, wydarzyło się w tym miesiącu wiele dobrego. czekam na więcej!

środa, 27 kwietnia 2016

lubię.

zapowiedź tego posta była raczej wynikiem spontanicznej reakcji na rzeczywistość - coś musiało mnie momentalnie zachwycić, niż przemyślanym tematem. w obecnej sytuacji społeczno-obyczajowej (o politycznej nie będę się rozwodziła, bo na samą myśl nie jest mi dobrze), raczej napisałabym o tym czego nie lubię.

no, ale ok. napisałam A, to napiszę B. z tym lubieniem - przynajmniej u mnie - jest podobnie, jak ze wskazywaniem osobistych zalet i pozytywnych cech. niby to takie miłe, ale jak przychodzi co do czego, jakoś tak trudno... na myśl przychodzą raczej wady i to, nad czym mogłabym jeszcze popracować. 

podobno, gdy dziennikarz zapytał jedną z naszych Prezydentowych o to, co najbardziej lubi jej mąż Prezydent, ona odpowiedziała: pomidorową. ja też lubię - taką gęstą, z kawałkami pomidorów i dużą ilością marchewki pokrojonej w plasterki. poza tym, lubię mieć: posprzątane, napisane, przygotowane, ugotowane, zatankowane, wyjaśnione oraz Ciebie przy sobie. samo się jednak nie zrobi. 

tak. to są rzeczy, stany i sytuacje zależne w znacznej mierze ode mnie. jeśli nie podejmę określonych kroków, nie wydatkuję pewnej dozy energii, nie ruszę tyłka z kanapy, a w niektórych przypadkach nie schowam mojego ego do kieszeni, nic z tego nie wyjdzie.

lubię także mieć wybór, prawo głosu i godności. z założenia wolność osobista przysługuje mi z samego mojego jestestwa, praktyka pokazuje jednak co innego. nie zgadzam się na podejmowanie jakichkolwiek decyzji o charakterze bardzo osobistym przez niereprezentatywną garstkę krzykaczy. na pulpicie komputera mam przypiętą karteczkę, na której widnieją dwa słowa: wieszakiem w godność. zastanawiam się do tej pory czy o tym obszerniej napisać. pozorna cisza w tym temacie (burza medialna wydaje się nikłym wspomnieniem) bardzo mnie niepokoi. fale wzburzenia nie załatwiają niczego, a zostawiają po sobie rozbitków wyrzuconych na brzeg. co dalej będzie?

lubię mieć jasność i odwagę oraz poczucie bezpieczeństwa.

poniedziałek, 21 marca 2016

ciało stop

te dwa słowa chodzą mi po głowie od jakiegoś czasu. zapewne nie bez powodu. przeszłam obronną ręką jesienny sezon zachorowań, styczniowo-lutowe choróbska, a nawet dwutygodniowy obóz, z co drugim kaszlącym uczestnikiem i chorą na grypę koleżanką. niestraszne mi były kiepskie stany P i G - dowoziłam czosnek, miód i proszki zwalczające przeziębienie.

i siedzę teraz zasmarkana, z zawalonym gardłem, w stanie: najchętniej-zasnęłabym-do-przyjazdu-księcia. z trudem przychodzi mi złożenie najprostszego zdania. grypa? obawiam się, że jeśli zawiedzie mnie siła perswazji, wspomagana paracetamolem i herbatą, może tak być. 

przegięłam. nie chodzi o typowy dla tej pory roku (podobno mamy już wiosnę!) niesprzyjający mikroklimat i wystawianie się na działanie, powiedzmy to sobie szczerze: chujowych warunków atmosferycznych. moje ciało już dawno dawało mi znaki, nieraz krzyczało: STOP! zarzuciłam wszelką formę aktywności fizycznej z oczywistego braku czasu, zaczęłam coraz dłużej siedzieć przed komputerem, decydowałam się na przedsięwzięcia wymagające ode mnie sporego zaangażowania, bez chwili namysłu. do tego te przemyślenia! ból w łopatce? chroniczne zmęczenie? jakiś katar i lekkie drapanie w gardle? przecież przejdzie.


Marcysia z Painta facebook.com/MarcysiazPainta


być może dorabiam filozofię do zwykłego gila z nosa, być może tracę czas (tak przecież cenny) na mało interesujące dywagacje. wierzę jednak w psychosomatykę. nic nie dzieje się bez przyczyny - odporność siada, gdy w głowie chaos. zamiatane pod dywan okruszki codzienności w końcu utworzą pokaźny kopczyk, o który można się potknąć, a przyprowadzony do salonu różowy słoń w końcu nasra na ten dywan i będzie płacz. 

i teraz tak mam. może słoń jeszcze się nie wypróżnił, ale już przestępuje z nogi na nogę. jeszcze trochę go przetrzymam - mam tyle zaległości! widzę wyraźny znak STOP-u i mediuję sama ze sobą, żeby jeszcze troszkę dać radę. wiem jednak, że w dłuższej perspektywie po prostu utonę w tym gównie.

niedziela, 28 lutego 2016

pokorna

podobno pokorne cielę dwie matki ssie. podobno pokorni, analogicznie do tych ostatnich, będą pierwszymi. czy ja taka jestem? mam nadzieję, że już nie. pokora nie kojarzy mi się zbyt atrakcyjnie. takie to ciche, stojące zawsze grzecznie i czekające na swoją kolej. swoją stroną, ciekawe, że właśnie takie rozumienie zagnieździło się w mojej głowie.

są jednak takie sytuacje i moce, przed którymi chylę głowę. natura - zwłaszcza góry - skłaniają mnie do maksymalnej powagi i ostrożności. podobną postawę wywołują we mnie historie ludzkie, dotyczące zwłaszcza dzieci.

ostatnie dwa tygodnie spędziłam na obozie zimowym z trzydziestoma pięcioma osobowościami, w wieku od dziesięciu do piętnastu lat. nie wiem, czy istotny, choć w tym przypadku pewnie tak, będzie fakt, że większość z tych dzieciaków wychowuje się w domach dziecka lub w rodzinach zastępczych - w znacznej mierze były to tak zwane sieroty społeczne (ich rodzice są niewydolni wychowawczo). przed wyjazdem miałam okazję zapoznać się z ich sytuacją. pierwsza myśl, jak przyszła mi wtedy do głowy to to, że jestem prawdziwą szczęściarą.

nic wielkiego, mogliby powiedzieć ci, pracujący na co dzień z takimi dzieciakami. nie mamy wpływu na losy innych, zwłaszcza obcych nam osób. możemy pomóc im teraz, stwarzając optymalne warunki rozwoju lub po prostu jadąc z nimi na obóz i dobrze się bawiąc. zgadza się. tylko, że widząc blizny na rękach nastolatki lub plecach dziesięciolatka, słuchając o tym, że jest śmieciem (utwierdzanym w tym poglądzie przez jego prawnych opiekunów), jakoś trudno mi nad tym przejść do porządku. 

po co o tym piszę? podejrzewam, że to doświadczenie długo pozostanie w mojej pamięci. co mogę z tym zrobić? szczerze mówiąc, nie wiem. moja bezradność oraz bezradność i niewydolność systemu porażają mnie. wiem, że na poziomie świadomości, historie tych dzieciaków będą już zawsze ze mną. od dwóch tygodni, z każdym dniem coraz bardziej, doceniam to, co się wokół mnie dzieje i z kim mam szczęście przebywać. niebywałe, jak bardzo można być niewidomym życiowo.


Pisanki Blog


czwartek, 11 lutego 2016

do gwiazd

ostatnio gonię. nieubłagany czas nie chce się zdublować (co najmniej!). piszę, a właściwie postuję pierwszy raz w tym roku, a przecież mamy już niemal połowę lutego.

od dawna siedzi w mojej głowie postanowienie zrobienia czegoś totalnie dla siebie. ot, chociażby uzupełnienie bloga. na pulpicie przyklejam sobie kolejne wirtualne karteczki z wątkami, które chciałabym rozwinąć. ostatnio udało mi się napisać fragment tekstu, tylko dlatego, że jechałam pociągiem. do dzisiaj do niego nie zajrzałam.

ten wpis nie będzie długi. nie będzie wnoszący. udowadniam sobie, że mam czas na moje pasje. będąc szczerą, zainspirowała teraz mnie Monika. pisanie, nawet tutaj, to nie bułka z masłem. trzeba się wysilić, dodać trochę dżemu, albo ogórka - coś od siebie w najszczerszej formie. można pisać i o szczęściu, i o obawach, i o wiośnie, na którą czekam z tęsknotą lub też o zimie, której Ona odczuwa niedosyt.

postanawiam, właśnie tu i teraz, sięgać gwiazd i robić dla siebie dobrze. w dużej czy w małej skali, nie jest to ważne. istotne jest, żeby w tej codziennej gonitwie być blisko siebie i nawet "goniąc w piętkę", być zdolną do refleksji.

internety



poniedziałek, 28 grudnia 2015

puknąć aksamit

całe szczęście święta już za nami. tak, za nami - znam kilka osób, dla których już dawno straciły one swoją magię. osobiście, mimo tego, że nie wierzę, lubię ten okres. w moim rodzinnym domu już dawno jest on czysto świeckim obyczajem. prawdę mówiąc, nie pamiętam żeby kiedyś było inaczej.

całe szczęście już po wszystkim. świąteczne przeżarcie i rodzinne spotkania odreagowałam dzisiaj - już u siebie - myjąc podłogę, robiąc pranie i rycząc przez chwilę.

nie czyniąc żadnych postanowień na nowy rok, założyłam jednak, że do czwartku postaram się pozamykać większość spraw. zostało mi zatem nadgonienie z projektami (jakieś perspektywy są), opracowanie ofert warsztatowych (hmmmmmmmm), doczytanie kilku książek (bez szans na wszystkie zaległe), umycie okien (w życiu - zaczekam do wiosny), wystawienie na sprzedaż kilku zalegających w szafie rzeczy (może się udać) i generalnie przeorganizowanie myślenia o sobie.

bo widzicie, chcąc nie chcąc, podsumowania same mi się cisną do głowy. w tym roku wydarzyło się u mnie bardzo dużo. mniej więcej w marcu przewidziałam, że idzie nowe, co swoją drogą specjalnie nie było wielkim odkryciem. nauczyłam się być sama, po dwunastu latach przeprowadziłam się do innego miasta, ukończyłam bardzo intensywny kurs rozwoju osobistego, poznałam fantastyczne kobiety, wstąpiłam na nową ścieżkę zawodową, zaczęłam pracę nad świetnym projektem, ponownie uczę się być z kimś, mam masę pomysłów i coraz większą odwagę do ich realizowania. nowe przyszło zdecydowanie.

mam tylko jeden problem: jakkolwiek bym analizowała ostatnie dwanaście miesięcy, bilans wychodzi co najwyżej na zero. dół i użalanie się nad sobą powracają jak bumerang. z jakiego powodu? cholera wie. w dupie chyba mi się przewraca.

idealną metaforą moich rozterek jest niedawna stłuczka. moja, pierwsza w życiu, z mojej winy. niby wszystko finalnie dobrze się skończyło (z OCe będzie), poszkodowany krakus o jakże przyjemnym nazwisku AKSAMIT - jak to ujął "tak, jak materiał", bez większych uszkodzeń pojazdów, nowe doświadczenie, żadnej traumy, a jednak przeżycie. i cały ten okres, ten czar, karp, choinka i kutia ustąpiły temu jednemu wydarzeniu.

z drugiej strony, wszystko dzieje się po coś. każde zdarzenie mnie ubogaca, każda emocja jest dla mnie ważna. obieram więc za dobrą monetę to, co się ze mną i wokół mnie zadziewa. od tej wigilii aksamit będzie kojarzył mi się wyłącznie z motoryzacją.

środa, 23 grudnia 2015

wszystkiego dobrego, bez względu na to czy celebrujecie kościelną, czy świecką tradycję. na szczęście, pewne obyczaje pozostają względnie stałe i żadne podziały - wzdłuż, wszerz, w poprzek, wspak, nie są w stanie odebrać nam tego czasu.
świętujcie zatem, każdy na swój sposób!

internety