środa, 19 listopada 2014

szaleństwo osobiste

,
pozwolę sobie zacytować jedną z niewielu znanych mi osobiście, świetnie piszących osób:

"I poranka mi nie starczy, by powiedzieć, że dobrze jest mieć z kim dzielić budzącą się szarość listopada, chłód piasku na plaży o świcie latem i bułkę z dżemem i syrop na kaszel".

i choć Lucy.es pisała o swojej Córze, nie mając małej wersji mnie, uważam podobnie, a nawet tak samo. 

ewolucyjnie jesteśmy stworzeni do bycia razem, przebywania w pobliżu, koegzystencji. nie jestem fanką ścisłej symbiozy, ale jak mawiają starzy Indianie, co komu pasuje. czasami lubię z kimś posiedzieć i porozmawiać, tak zwyczajnie wypić kawę, czasami wystarczy mi sama świadomość takiej możliwości.

ostatnio jednak odczuwam pewien brak. niedosyt obecności. w związku z zajęciami, którymi się imam, większą część mojego czasu spędzam przy biurku, przed komputerem. pomimo tego, brak jest wyraźny. tym bardziej, im dłużej muszę siedzieć w domu. przydałby się jakiś szczeniak, jeż nawet. stworzenie, na tyle zajęte sobą, żeby przez chwil kilka pozwoliło mi pracować, czasami dało o sobie znać i po prostu było. 

póki co, w zamienniku sprawiłam sobie balon(!). całkiem twarzowy, umieszczony przy biurku towarzyszy mi od wczoraj. pogadać od czasu do czasu trzeba, a chyba lepiej z balonową głową, niż z suchym wrzosem... 

tak, zwariowałam. jest to jednak odmiana niegroźna, osobista. nic poważniejszego się nie dzieję, ale na wypadek, gdybym któregoś dnia stała we flanelę odziana, na środku chodnika, trzymając balon czerwony, podaję instrukcję: nie bać się - podejść - przytulić - zaprowadzić na ciepły napój (najlepiej z kofeiną) - chwilę porozmawiać.


wymagająca nie jestem ;)
Read more →

piątek, 7 listopada 2014

rosół musi być

,
kilka lat temu, prowadząc innego bloga napisałam tekst o tym, jak u mnie w domu spędzamy Święta Bożego Narodzenia (czytając go jeszcze raz, zaszkliły mi się oczy). nie wiem jak to będzie wyglądało, gdy powiększy nam się rodzina, wiem, jak jest teraz. partyjka monopolu albo osadników każdego wieczora, pyszne jedzenie, rodzinny zjazd drugiego dnia świąt. coroczny rytuał znaczy dla mnie wiele, daje poczucie bezpieczeństwa i czyni ten czas wyjątkowym.

do świąt grudniowych jeszcze trochę czasu, ale...

rodzinę mam sporą. na przestrzeni lat wypracowaliśmy własną tradycję. przynajmniej trzy razy w roku spotykamy się w jak największym gronie: przy okazji Wielkiej Nocy, Wszystkich Świętych i Bożego Narodzenia właśnie. jeśli nie w Braniewie, to w Olsztynie. "na groby" jeździmy zawsze na wieś.

do zeszłego roku, oprócz naszych zmarłych (dziwnie brzmi), odwiedzaliśmy tam naszego dziadka i ciocię Stasię. w miarę możliwości była karkówka w sosie, ziemniaki i dziadkowe buraczki z chrzanem. rosół był zawsze. do tego ciasto, kawa, herbata i wino. banalny zestaw? jadąc do Radziejewa mogłam w ciemno obstawiać menu. do zeszłego roku.

tydzień temu znowu się spotkaliśmy. szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, jak to będzie. po śmierci dziadka i cioci myślałam, że wszystko się rozejdzie, rozmyje brakiem czasu i spoiwa. jak się okazało, wystarczyły tylko chęci. ciocia Hania ugotowała rosół, my przywieźliśmy wazę i chochlę, były ciasta, kawa, herbata i wino, jak zawsze.

rodzinnie nie jesteśmy specjalnie uczuciowo wylewni. jestem jednak przekonana, że siedząc przy jednym stole, na naprędce skonstruowanej ławie wiemy, co nas łączy.





Read more →

czwartek, 23 października 2014

ile do pary?

,
czy, żeby coś zagrało potrzebny nam jest dubel? w klasycznej grze w statki potrzebnych jest dwóch graczy, do gry w wojnę potrzeba co najmniej trzech osób (inaczej nuda), Allen za to potrzebuje "czworo do pary". choć, jak najczęściej to bywa, polski tytuł nie jest dosłownym przekładem oryginału ("the one I love"), tym razem autorzy tłumaczenia trafili w punkt.

google grafika

kryzys w małżeństwie - on już nie jest taki, jakim ona chciałaby, żeby był (takim, jak kiedyś), ona również, mija się z wersją przez niego oczekiwaną. oni nie są tacy, jak na początku, a chyba chcieliby bardzo. on ją zdradził, ona mu to wybaczyła, ale...

szukają pomocy. fachowca, trzeciej strony. widać, że chcą.

jadą zatem. na weekend, po zrozumienie, romantyczne kolacje, trawkę przy okazji i od dawna wyczekiwany przez oboje seks. do domu z basenem i domkiem dla gości (kluczowy element). odnajdują, ale czy siebie? 

koniec końców, wyjeżdżają bogatsi o wiedzę na temat tego, co TAM zaszło. nawet się między nimi poprawiło. tylko ten bekon...


Read more →

wtorek, 21 października 2014

kłamstwo w imię

,
nie lubię kłamać. na pewno z powodu (bardziej lub mniej znajomej mi) odbiorcy, po części z obawy przed "wydaniem się". jakby nie było, kłamstwo ma zawsze krótkie nogi i prędzej czy później jakiś element, drobinka choćby, wypadnie z misternie uwitej konstrukcji, pociągając za sobą resztę. jak domek z kart, runie wszystko na łeb i na szyję, a my, w najlepszym wypadku, stracimy nieco w oczach innych.

historia zna i paradoks kłamcy, i kłamstwo patologiczne. obie teorie wynikają raczej z próby zrozumienia i opisu świata, a samo kłamstwo jest konsekwencją pewnych osobowościowych braków, niż pozbawionej kontekstu intencjonalności. tak uważam. 
badania* pokazują, że skłonność do kłamstwa niejako wynosimy z pierwszych doświadczeń i z tego, co działo się w najbliższym nam otoczeniu. nie oznacza to jednak, że legitymując się tzw. "trudnym dzieciństwem" jesteśmy bezwolni i usprawiedliwieni w naszych poczynaniach. za wyjątkiem jednostek silnie zaburzonych, większość z nas kłamie najczęściej z nadzwyczajnego lenistwa.

ja skłamałam z tchórzostwa. przechodziłam niedawnym wieczorem jedną z ulic centrum miasta, zobaczyłam leżącą na chodniku, nieopodal ławeczki, osobę (założyłam, że był to mężczyzna) i poszłam dalej. tak, nie zatrzymałam się, nie sprawdziłam, w jakim jest stanie, po prostu oddaliłam się w obranym wcześniej kierunku. zdawałam sobie sprawę z tego, co powinnam zrobić, a jednak(!) postanowiłam, że zadzwonię, po pomoc, po (nazwijmy to szczerze) wyrękę. nie pamiętałam numeru straży miejskiej, więc wyklikałam 112. osobie przyjmującej zgłoszenie powiedziałam, że przejeżdżając samochodem przez skrzyżowanie zauważyłam leżącą na chodniku osobę. nie zatrzymałam się, nie sprawdziłam, w jakim jest stanie, po prostu pojechałam dalej... 
czując już wtedy wielki wyrzut, dostałam do tego regularną (w delikatnym ujęciu) reprymendę. zostałam połączona z pogotowiem ratunkowym: przejeżdżając samochodem przez skrzyżowanie zauważyłam leżącą na chodniku osobę. nie zatrzymałam się, nie sprawdziłam, w jakim jest stanie. tak, pojechałam dalej... nie, nie jestem pewna, czy ona nadal tam jest. dziękuję bardzo.

odczułam ulgę? w żadnym wypadku. świadomość nie udzielenia bezpośredniej pomocy potencjalnie poszkodowanej osobie, zawracanie dupy służbom ratunkowym (a może w czasie sprawdzania mojego zgłoszenia ktoś naprawdę potrzebował fachowej pomocy?), emocje towarzyszące całej rozmowie, reakcja najbliższej mi osoby... nie wiem, czy zgłoszenie zostało sprawdzone, ani co stało się z tym człowiekie. nie wiem również, jak zachowałabym się będąc ponownie w podobnej sytuacji.

czy kłamstwo w imię pomocy jest do przyjęcia?

google grafika

*www.psychologia.edu.pl 
Read more →

czwartek, 2 października 2014

szepcz do mnie

,
mów do mnie szeptem: z zapalonym gardłem, w tłumie gumowych uszu, w tańcu na imprezie. szepcz do mnie w łóżku, w teatrze, na ucho. szepcz komplementy, nieczyste myśli, sekretne plany.
szepcz do mnie wszędzie, tylko nie w... bibliotece(!)

byłam dzisiaj, w uniwersyteckiej, po informacje. jako mocno przeterminowana absolwentka, mogłam przypomnieć sobie stare czasy - nawet dobre, nie powiem. przez te wszystkie lata, biblioteka kojarzyła mi się ze skarbnicą wiedzy, ostoją czytelniczego spokoju, który każdemu korzystającemu nadawał inteligencki status. moją życzeniowość za każdym razem weryfikowała rzeczywistość, na szczęście, jedno zawsze było wiadome: w bibliotece trzeba zachować ciszę - w czytelni tym bardziej.

ostatnio, pracując z tekstem, odkryłam, że bezgłos w moim pobliżu jest mocno wskazany. skupić się nie mogę, zwyczajnie. wydawać więc by się mogło, że siedząc w czytelniczej przestrzeni warunki mam idealne: mało ludzi (jaki student na początku roku korzysta z książek?), wykładziną wytłumiona podłoga, brak sąsiadów i ich playlisty za ścianą, piśmienniczy haj lajf!

okazuje się jednak, że w takich warunkach SZEPT (nie tych pojedynczych amatorów literatury fachowej, ale pań bibliotekarek właśnie) wybrzmiewa z siłą grzmotu, a nawet solidnego pieprznięcia czołem w automatycznie zasuwane drzwi supermarketu. rozprasza totalnie, rozwala ciąg myśli i dezorientuje.

mnie, wychowaną z trójką rodzeństwa, miauczącym kotem i szczekającym psem; niegdysiejszą drużynową gromady zuchowej, kolonijną wychowawczynię i studencką współlokatorkę powalisz niewłaściwie zlokalizowanym szeptem.

źródło: google grafika

zachowaj to dla siebie ;)
Read more →

środa, 24 września 2014

Bajka przewodnia

,
nie wierzę w przepowiednie astrologiczne, seanse u wróżki, ani w dogmaty religijne. staram się także nie być przesądną. nie ufam sensacjom, krótkotrwałym modom i inicjatywom typu "hura". obawiam się wyniku testu na inteligencję.
wierzę w umysł, ewolucję i mądrość ludzkości. jej bezmiar i wieloaspektowość pozwala nam czerpać garściami, na przykład poprzez ... bajki. 

w czasie mojej bardzo wczesnej młodości (dziecięctwa nawet), miałyśmy z G. rewelacyjną książkę, pt. "Bajarka opowiada". była ona zbiorem najpiękniejszych baśni świata, opowiadających o tym, dlaczego woda w morzu jest słona,  albo dlaczego psy nie lubią się z kotami. czytała nam ją Ciocia Stasia:*

w wieku nastoletnim uczestniczyłam w kursie drużynowych "Gwieździści". poznałam wtedy Bruna Ferrero i jego opowiadania dla ducha. zapamiętałam dwa szczególne - tego o kurzu, niestety nie odnalazłam, drugie, mówiące o sile i wartości determinacji przytaczam poniżej:

Ćma i gwiazda

"Któregoś pięknego dnia młoda i wrażliwa ćma zakochała się w gwieździe. Powiedziała o tym swej mamie, a ta poradziła jej, że lepiej jest zakochać się w lampce z abażurem.

- Gwiazdy nie są po to, by się w nich kochać i fruwać wokół nich - wyjaśniła. - Do tego są lampy.

- W ten sposób przynajmniej do czegoś dojdziesz - dodał ojciec. - Lecąc do gwiazd, nic w życiu nie osiągniesz.

Jednak ćma nie posłuchała ani matki, ani ojca. Co wieczór, po zapadnięciu zmroku, gdy zajaśniała jej ukochana gwiazda, ćma leciała wysoko w górę i wracała do domu dopiero o świcie, zmęczona ogromnym i daremnym wysiłkiem.

Pewnego dnia ojciec powiedział jej tak:

- Już od wielu miesięcy nie przypaliłaś sobie skrzydeł i obawiam się, że nigdy ci się to nie uda. Wszyscy twoi bracia zrobili to już wiele razy, krążąc wytrwale wokół ulicznych latarni. Wszystkie Twoje siostry opaliły sobie skrzydełka, fruwając naokoło domowych lamp. A ty, taka duża i silna ćma nie masz żadnego śladu na skrzydłach, ani na plecach! Wstyd.

Ćma opuściła rodzinny dom, lecz w dalszym ciągu nie latała wokół ulicznych latarni czy domowych lamp: uparcie próbowała dotrzeć do gwiazdy odległej o miliony lat świetlnych. Bo ćma wierzyła, że jej gwiazda jest zawieszona wśród górnych gałęzi najwyższego wiązu.

Nieustanne próby dosięgnięcia obiektu swych uczuć sprawiały jej pewnego rodzaju przyjemność. W ten sposób ćma dożyła bardzo sędziwego wieku. Rodzice, bracia i siostry umarli już dawno, spaleni za młodu w wysokiej temperaturze ulicznych latarni i domowych lamp. A ona żyła zdobywając wciąż na nowo podniebną przestrzeń".
Bruno Ferrero, 40 opowiadań na pustyni. Krótkie opowiadania dla ducha, Warszawa 2000 (własność G.)


źródło: Tumbrl/by-asiulczi.blogspot.com


w tamtym czasie, wpatrzona w prowadzącą kurs (starszą koleżankę, studiującą wymarzoną przeze mnie psychologię), przyjmowałam "takie kwiatki" bez większej analizy. traktowałam je raczej, jako pasujące do konwencji, ewentualnie jako materiał na krótkie zuchowe przedstawienie. dzisiaj wracam do takich opowieści, odkrywam ich kolejne warstwy, docieram do sedna. musiałam chyba do nich dorosnąć;)
Read more →

czwartek, 18 września 2014

Warmianki za dychę

,
...i pół suchara (jak mawia Szanowna Koleżanka). przykro mi stwierdzić, ale jednak to zrobię: Olsztyńskie Targi dla Kobiet Warmianki 2014 okazały się, przynajmniej dla mnie i mojego towarzysza, klapą (nie dodam "totalną" - nie ta skala).

jestem zwolenniczką "babskich" inicjatyw. poznać się można, spotkać się można, porozmawiać, wymienić ciuchami etc. patrząc na program, tegoroczne* targi zapowiadały się co najmniej zajmująco. osobiście miałam zamiar wziąć udział w swapie ubraniowym  - zgodnie z zamysłem, opróżniłam nawet szafę, ale "spontaniczny spływ kajakowy w sobotę" pokrzyżował mi plany i postanowiłam być niedzielną-zwiedzającą.

wybraliśmy się zatem z eŁ w niedzielne wczesne popołudnie do BWA, po drodze mijając, kibicując i w duchu zazdroszcząc [czyt. ja] półmaratończykom. u podnóża planetarnianych** schodów stoisko z chyba-grochówką(!); na wejściu pan z kasetką, czyli płatny wstęp: dycha od głowy; w środku, w ciemnej przestrzeni parteru stoiska - zapamiętałam to z piękną ceramiką i stoisko, gdzie robiono makijaże (pomyślałam, że nie chciałabym, bo mam własny...).
na nieco jaśniejszym piętrze stoisk ciąg dalszy: na pewno stoisko salonu piękności nr 1 (dostałam ulotkę), stoisko sklepu ze zdrową, szczelnie w folię zapakowaną żywnością (dostałam ulotkę), stoisko gospodarstwa agroturystycznego, jedynego na którym można było czymś się poczęstować - home made dereszówką, ciastem drożdżowym lub jabłkiem z wikliny (dostałam ulotkę), stoisko - a raczej większe stanowisko - salonu piękności nr 2, gdzie pod tlenem leżała jakaś kobieta (nie dostałam ulotki), stoisko z młodzieżowymi ubraniami marki yups (dostałam ulotkę) i na końcu, w głównej sali galerii stoisko swapu. pierwsze skojarzenie: lumpeks, niestety. stojaki ze sprawiającymi wrażenie ostatków ubraniami na drucianych wieszakach, żadnego lustra (chociaż podziwiając wiszące w sali obrazy, przyuważyłam jedno wąskie, z ikei chyba, nierozpakowane i stojące w kąciku), wyobrażanych przeze mnie kufrów/waliz/szaf (no dobra, wyobraźnia mnie poniosła ;)), zero aranżacji. kiepsko. chociaż nie. nie ma tego złego, obejrzeliśmy wystawę. 
w sali planetarium gotował Kurt. wystarczająco zniechęcona, mgliście zapamiętałam tylko jego sylwetkę, babkę w fotelu siedzącą i jedzącą oraz paczkę ryżu. przy wyjściu kolejne stoisko z jedzeniem - szaszłyki tym razem, z cebulą, papryką... widziała na pewno.

i teraz tak: odczuwam pewien uczuciowy dysonans. z jednej strony, byłam, widziałam i wyszłam zawiedziona, z drugiej - oglądam zdjęcia na fejsie, z których wynika, że było super organizacyjnie i towarzysko. hmm...

wyobrażam sobie, że organizacja takiego wydarzenia nie jest łatwa. sama od czasu do czasu biorę udział w o wiele mniejszych rozmachem imprezach i wiem, ile wymagają pracy. może dlatego nie zabieram się za większe... 
niedziela była, zresztą jak poprzednie dni, ciepła i słoneczna, przed budynkiem BWA jest dużo miejsca, do którego dotarłoby więcej spacerująco-kibicujących Olsztynianek. dobrze kombinuję?

dużo dzisiaj trzykropków i dużo nawiasów. cały czas o tym myślę - nie chcę być niesprawiedliwa, takie po prostu wyniosłam (razem z toną ulotek) wrażenie. nawiasem mówiąc, rozpisałam się ;)

zdjęcie: fanpage Warmianki 2014

*skoro Warmianki 2014, pewnie będzie kontynuacja
**olsztyńskie BWA dzieli przestrzeń z planetarium


Read more →