sobota, 11 kwietnia 2015

nie ma za co...

,
ej, serio? skoro tak, następnym razem bez zawahania skorzystam z Twojego czasu, zaangażowania, cierpliwości, dobrego samopoczucia. odezwę się, jak będę w potrzebie. nara!




zastanawialiście się kiedyś jak często ignorujecie siebie? ile razy w ciągu, powiedzmy tygodnia mówicie, że to co zrobiliście jest tak naprawdę niczym dla Was  (dla drugiej strony z pewnością ma to znaczenie  - i to jakie!)?

ostatnio właśnie wpadłam na taką myśl. lubię pomagać, wyręczać czasami, współtworzyć, być nawet potrzebną. jeśli mam czas, wystarczające zasoby i najzwyklejszą chęć, czemu nie. zaczynam jednak doceniać siebie. bez kokieterii: zajebiście mi słyszeć, że ktoś jest mi za coś wdzięczny. tak naprawdę, za konkret. zrobiłam, kupiłam, popilnowałam - no, to dzięki - no to, proszę/cieszę się, że mogłam pomóc/miałam możliwości, więc spoko majonez/oczekuję od Ciebie możliwości zwrócenia się przeze mnie o pomoc itd.

w relacji nieobciążonej ładunkiem emocjonalnym, np. czysto biznesowej, za nasz czas, wiedzę i umiejętności wystawilibyśmy rachunek. mało tego, oczekiwalibyśmy zapłaty. a w relacji bliskiej, bliższej i najbliższej? nie ma za co!

oduczam się tego zwrotu. staram się odpowiadać po prostu: proszę. naprawdę, zrobiłam coś, bo byłam w stanie. przeznaczyłam na to część mojego czasu - prawda, ale zrobiłam to świadomie. tyle.

polecam ;)



Read more →

sobota, 21 marca 2015

eksperymenty

,
"idzie nowe!" - tymi słowami zaczęłam obecny rok. jakkolwiek banalnie to (nadal) brzmi - wszystkie te postanowienia, biała kartka, nowa droga etc., rzeczywiście przyszło. ogarnęło mnie, a właściwie to ja sama. dosłownie i w przenośni: ogarniam siebie, swój czas, plany. jak wspomniałam, banał.

nowe często wiąże się z nieznanym, nienazwanym, niewiadomym. trzeba się odważyć, wyciągnąć rękę, wsadzić palec w dziurę, kij w mrowisko, liznąć, wąchnąć. poeksperymentować jednym słowem. 


czynię eksperymenty. różnego rodzaju. sprawdzam siebie, sprawdzam opcje, obserwuję. jak kiełkujące na gazie - w słoiku na parapecie - do szkoły potrzebne - na środowisko w podstawówce - za moich czasów - ziarno fasoli. 

w ramach badań, na poczet przyszłych zawodowych planów, odwiedziłam lokalne biuro coworkingowe. poszłam na próbę, na dzień darmowy. spodobało mi się. nowe miejsce, nowi ludzie, zupełnie inna energia. dobrze mi się tam pracuje. odwiedzam je regularnie. eksperyment udany.

postanowiłam odstawić mleko krowie. choć faktycznie spożywa(ła)m go mało, tylko gorące z kawą i czasami w omletach, bo zwyczajnie surowego(?) nie lubię, nie służy mi. przerzuciłam się na mleko sojowe. tak tak, jakie to trendi, dżezi i w ogóle hipsta. prawie wege.

eksperyment, jak to w życiu bywa, nie powiódł się. moje ciało powiedziało nie! jak plaga egipska, poparzenia saharyjskim słońcem i ospa w wieku nastoletnim, odczułam boleśnie. jestem potężnie uczulona. czas na mleko ryżowe...

wczoraj byłam na spotkaniu grupy kobiet. po raz pierwszy na takim. jedyna mi blisko znana, kilka z widzenia, reszta obca. mamy spotykać się regularnie. wsparcie? terapia grupowa? wymiana doświadczeń? jestem ciekawa, co z tego wyniknie. jestem ciekawa siebie, bo choć potrzebuję przegadywać emocje, przeżycia i myśli, nie lubię wystawiać się na pokaz obcym. eksperyment trwa.

co będzie dalej? idzie nowe ;)



Read more →

wtorek, 10 lutego 2015

.

,
wyobraź sobie, że stoisz przed murem. masz wrażenie, że zaraz pękniesz. nie możesz już tak, nie możesz już dłużej. nie masz już siły. 

scenariusz, tak dobrze znany, powtarza się. po raz kolejny. unosisz się na sinusoidzie zdarzeń. wiesz, że musisz coś zrobić. cokolwiek. znasz rozwiązanie. jedyne. właściwe.

moja ściana okazała się papierowa.



Read more →

sobota, 17 stycznia 2015

miasto mozaika

,
zazwyczaj początek nowego roku inspiruje do różnego rodzaju podsumowań i wymyślania postanowień. "zazwyczaj" nie znaczy "zawsze" i rojąc sobie osobisty nonkonformizm nie poczynię żadnego z wymienionych (ma to sens?).

nie będę jednak szczerą, jeśli powiem, że nie przywołuję sobie u/zbiegłego roku. funkcją pamięci, jest pamiętać właśnie i odtwarzać od czasu do czasu rzeczy przeszłe.

wydarzyło się sporo - i dobrych, i tych mniej, sytuacji. z jednej cieszę się najbardziej. w grudniu udało mi się pojechać z przyjaciółmi do miasta almodovarowskich bohaterek-ów (z nim nigdy nie wiadomo), genialnego architekta i chyba jednego z najbardziej znanych na świecie klubów piłkarskich (nie ręczę, tak słyszałam). byłam w Barcelonie.

o ile kupno biletów na ponad miesiąc przed wylotem można przyjąć za działanie pod wpływem impulsu, to owszem, Barcelonę i okolice zwiedziliśmy "na spontanie". plan był prosty: lecimy, nocujemy w hostelu, poznajemy miasto. wiadomo - Gaudi, wiadomo - La Rambla, wiadomo - Sagrada. właściwie, jedynym ustalonym punktem programu była wycieczka do Figueres, gdzie znajduje się muzeum Salvadora Dali (nie, nazwisko nie odmienia się), ale nic poza tym.

o Barcelonie napisano już mnóstwo. mnie zachwyciła bliskość morza - miasto integralnie łączy się z plażą (specjalnie zresztą usypaną na początku lat 90-tych), błękit nieba, słońce, zupełnie inne od naszego grudniowego i papugi "zamiast wróbli". zielone, skrzeczące całymi stadami, moszczą sobie gniazda w palmach. odlot ;) no i jeszcze Jason...

duch Gaudiego obecny jest wszędzie. kamienice, park Guell, motywy mozaiki właściwie na wszystkim. pięknie wykończone ławki i latarnie miejskie. plac/ulica, na której został potrącony przez tramwaj. tak, Barcelona będzie mi kojarzyła się z nim.

stolica Katalonii to zdecydowanie miasto wielokulturowe. międzynarodowy misz-masz zauważalny jest od pierwszej chwili. oprócz turystów, których łatwo poznać po mapach w garści, można spotkać wielu przedstawicieli bliskiego wschodu. widoczna jest również pewna ekonomiczna hierarchia: (na pewno) Pakistańczycy pracują w sklepach i hostelach; ci, którzy mieli mniej szczęścia sprzedają na ulicach piwo za jedno euro (w sklepie kosztuje mniej więcej pięćdziesiąt eurocentów) lub parasolki za piątkę - w zależności od warunków pogodowych; czarnoskórzy imigranci trudnią się również handlem ulicznym - dziewczyny sprzedają swoje ciała, chłopaki magnesy i koszulki.

z każdym miejscem, w którym byłam wiążą (mi) się konkretne wspomnienia. jak supełki na sznurku, przypominają mi określone obrazy, dźwięki, smaki, zapachy...
jedno wspomnienie będzie mi towarzyszyło już zawsze, Barcelona to zaszczane i zasrane miasto. każdego wieczora główne ulice miasta są zmywane. odór moczu łączy się z morską bryzą, a odchody ludzkie i psie leżą na ulicach. brak trawników i szaletów miejskich taki ma finał (nie warto zatem zalewać miast betonem). niezrozumiałe przeze mnie umiłowanie do ekskrementów przekłada się na świąteczną tradycję, którym głównym bohaterem jest "srający wujek" (caganer), przynoszący dzieciakom cukierki. na świątecznym jarmarku figurki przedstawiające wujka (w postaci drewnianego pieńka w czerwonym berecie lub czysto ludzkiej) były na co drugim stoisku. srający koszmar.

mimo wszystko, miasto jest super. polecam. raczej poza sezonem, raczej na własną rękę. rozbudowana komunikacja miejska zdecydowanie ułatwia pokonywanie długich odległości, a niedrogi nocleg można znaleźć w samym centrum. okazuje się, że świat jest na wyciągnięcie.
















Read more →

wtorek, 23 grudnia 2014

za pasem

,
wbrew pogodzie, mamy grudzień, astronomiczną zimę i zbliżające się święta.

z tej okazji, życzę sobie i każdemu z Was - zgodnie z indywidualnymi potrzebami - 
wszystkiego, co najlepsze!



Read more →

wtorek, 9 grudnia 2014

po wszystkim*

,
hej... już po wszystkim. tak, spokojnie możesz wyjść spod tego koca. ciepły? ja też lubię takie. ahhh...z funkcją wyciszania świata! 

też tak uważam. jak to mówią: gryzonie zawsze uciekają z tonącej łodzi, a inne muchy lgną... no okej okej, pszczoły lecą do królowej. 

najgorszy jednak jest taki liść... przylepi się do okrętu i krzyczy "płyniemy". skąd te łodzie i statki? nie zalała Ciebie nienawistna fala? ja się poddałam...

co teraz będzie? cholera wie. 
mogę pod koc?




*każdy ma jakieś wybory

Read more →

środa, 19 listopada 2014

szaleństwo osobiste

,
pozwolę sobie zacytować jedną z niewielu znanych mi osobiście, świetnie piszących osób:

"I poranka mi nie starczy, by powiedzieć, że dobrze jest mieć z kim dzielić budzącą się szarość listopada, chłód piasku na plaży o świcie latem i bułkę z dżemem i syrop na kaszel".

i choć Lucy.es pisała o swojej Córze, nie mając małej wersji mnie, uważam podobnie, a nawet tak samo. 

ewolucyjnie jesteśmy stworzeni do bycia razem, przebywania w pobliżu, koegzystencji. nie jestem fanką ścisłej symbiozy, ale jak mawiają starzy Indianie, co komu pasuje. czasami lubię z kimś posiedzieć i porozmawiać, tak zwyczajnie wypić kawę, czasami wystarczy mi sama świadomość takiej możliwości.

ostatnio jednak odczuwam pewien brak. niedosyt obecności. w związku z zajęciami, którymi się imam, większą część mojego czasu spędzam przy biurku, przed komputerem. pomimo tego, brak jest wyraźny. tym bardziej, im dłużej muszę siedzieć w domu. przydałby się jakiś szczeniak, jeż nawet. stworzenie, na tyle zajęte sobą, żeby przez chwil kilka pozwoliło mi pracować, czasami dało o sobie znać i po prostu było. 

póki co, w zamienniku sprawiłam sobie balon(!). całkiem twarzowy, umieszczony przy biurku towarzyszy mi od wczoraj. pogadać od czasu do czasu trzeba, a chyba lepiej z balonową głową, niż z suchym wrzosem... 

tak, zwariowałam. jest to jednak odmiana niegroźna, osobista. nic poważniejszego się nie dzieję, ale na wypadek, gdybym któregoś dnia stała we flanelę odziana, na środku chodnika, trzymając balon czerwony, podaję instrukcję: nie bać się - podejść - przytulić - zaprowadzić na ciepły napój (najlepiej z kofeiną) - chwilę porozmawiać.


wymagająca nie jestem ;)
Read more →