czwartek, 11 lutego 2016

do gwiazd

ostatnio gonię. nieubłagany czas nie chce się zdublować (co najmniej!). piszę, a właściwie postuję pierwszy raz w tym roku, a przecież mamy już niemal połowę lutego.

od dawna siedzi w mojej głowie postanowienie zrobienia czegoś totalnie dla siebie. ot, chociażby uzupełnienie bloga. na pulpicie przyklejam sobie kolejne wirtualne karteczki z wątkami, które chciałabym rozwinąć. ostatnio udało mi się napisać fragment tekstu, tylko dlatego, że jechałam pociągiem. do dzisiaj do niego nie zajrzałam.

ten wpis nie będzie długi. nie będzie wnoszący. udowadniam sobie, że mam czas na moje pasje. będąc szczerą, zainspirowała teraz mnie Monika. pisanie, nawet tutaj, to nie bułka z masłem. trzeba się wysilić, dodać trochę dżemu, albo ogórka - coś od siebie w najszczerszej formie. można pisać i o szczęściu, i o obawach, i o wiośnie, na którą czekam z tęsknotą lub też o zimie, której Ona odczuwa niedosyt.

postanawiam, właśnie tu i teraz, sięgać gwiazd i robić dla siebie dobrze. w dużej czy w małej skali, nie jest to ważne. istotne jest, żeby w tej codziennej gonitwie być blisko siebie i nawet "goniąc w piętkę", być zdolną do refleksji.

internety



poniedziałek, 28 grudnia 2015

puknąć aksamit

całe szczęście święta już za nami. tak, za nami - znam kilka osób, dla których już dawno straciły one swoją magię. osobiście, mimo tego, że nie wierzę, lubię ten okres. w moim rodzinnym domu już dawno jest on czysto świeckim obyczajem. prawdę mówiąc, nie pamiętam żeby kiedyś było inaczej.

całe szczęście już po wszystkim. świąteczne przeżarcie i rodzinne spotkania odreagowałam dzisiaj - już u siebie - myjąc podłogę, robiąc pranie i rycząc przez chwilę.

nie czyniąc żadnych postanowień na nowy rok, założyłam jednak, że do czwartku postaram się pozamykać większość spraw. zostało mi zatem nadgonienie z projektami (jakieś perspektywy są), opracowanie ofert warsztatowych (hmmmmmmmm), doczytanie kilku książek (bez szans na wszystkie zaległe), umycie okien (w życiu - zaczekam do wiosny), wystawienie na sprzedaż kilku zalegających w szafie rzeczy (może się udać) i generalnie przeorganizowanie myślenia o sobie.

bo widzicie, chcąc nie chcąc, podsumowania same mi się cisną do głowy. w tym roku wydarzyło się u mnie bardzo dużo. mniej więcej w marcu przewidziałam, że idzie nowe, co swoją drogą specjalnie nie było wielkim odkryciem. nauczyłam się być sama, po dwunastu latach przeprowadziłam się do innego miasta, ukończyłam bardzo intensywny kurs rozwoju osobistego, poznałam fantastyczne kobiety, wstąpiłam na nową ścieżkę zawodową, zaczęłam pracę nad świetnym projektem, ponownie uczę się być z kimś, mam masę pomysłów i coraz większą odwagę do ich realizowania. nowe przyszło zdecydowanie.

mam tylko jeden problem: jakkolwiek bym analizowała ostatnie dwanaście miesięcy, bilans wychodzi co najwyżej na zero. dół i użalanie się nad sobą powracają jak bumerang. z jakiego powodu? cholera wie. w dupie chyba mi się przewraca.

idealną metaforą moich rozterek jest niedawna stłuczka. moja, pierwsza w życiu, z mojej winy. niby wszystko finalnie dobrze się skończyło (z OCe będzie), poszkodowany krakus o jakże przyjemnym nazwisku AKSAMIT - jak to ujął "tak, jak materiał", bez większych uszkodzeń pojazdów, nowe doświadczenie, żadnej traumy, a jednak przeżycie. i cały ten okres, ten czar, karp, choinka i kutia ustąpiły temu jednemu wydarzeniu.

z drugiej strony, wszystko dzieje się po coś. każde zdarzenie mnie ubogaca, każda emocja jest dla mnie ważna. obieram więc za dobrą monetę to, co się ze mną i wokół mnie zadziewa. od tej wigilii aksamit będzie kojarzył mi się wyłącznie z motoryzacją.

środa, 23 grudnia 2015

wszystkiego dobrego, bez względu na to czy celebrujecie kościelną, czy świecką tradycję. na szczęście, pewne obyczaje pozostają względnie stałe i żadne podziały - wzdłuż, wszerz, w poprzek, wspak, nie są w stanie odebrać nam tego czasu.
świętujcie zatem, każdy na swój sposób!

internety

czwartek, 17 grudnia 2015

ignorantka

ignorować jest podobno gorzej, niż nie wiedzieć. brak - nawet elementarnej - wiedzy wynikać może z niemożliwości jej pozyskania (nie ma kasy na książki, nie ma biblioteki w miejscowości, nie ma potencjału w domu rodzinnym...) lub ze zwyczajnego lenistwa. zawsze to jednak jakieś wytłumaczenie. ignorancja natomiast, idąc za słownikiem języka polskiego, to celowe działanie, sprowadzające się do nie zauważania i/lub nie brania pod uwagę.

taka jestem ostatnio. rozmyślnie wybiórcza. nie zauważam, że coś może być na rzeczy, ignoruję docierające do mnie rewelacje (tak, te ze sceny politycznej także), lekceważę i bagatelizuję niejasne sygnały i komunikaty nie-wprost. w zasadzie po raz pierwszy mam letni stosunek do świąt (temperatura!) i tego, że niedługo będę mogła zacząć wszystko od nowa. życie zatoczy koło i wszyscy jak jeden będziemy udawali, że mamy setną szansę na spełnienia swoich marzeń. jakoś bliższe mi jest przekonanie, że bez pracy - również nad i ze sobą - nie ma kołaczy i nic się samo nie zrobi. jakikolwiek cud się nie zdarzy i za rok mogę być w tym samym miejscu.

wracając do ignorancji... zimna sucz ze mnie żadna. nawet nie aspiruję do takiej fasady. pomijam niektóre wątki rozmyślnie, żeby nie wkurwiało, żeby nie bolało, żeby dało spokój. oszczędzam energię, staram się wytyczyć nowe - w założeniu o wiele lepsze - ścieżki. plany? owszem. realizowane będą. 

z czytaniem niestety mam podobnie...


facebook/bardzobrzydkierysunki



niedziela, 6 grudnia 2015

poprawna

zaczęło się od tego: "siedź prosto. nie garb się". poprawna postawa jest przecież bardzo ważna. po drodze było mniej więcej tak, jak w filmie: "nie kop pana". bo co? bo się spocę?

poprawnie wykonane ćwiczenie, może dupy nie urywało, ale było... poprawne.

poprawne zachowanie jest powszechnie pożądane. mam wrażenie, że u każdego, tylko nie u nas. zgadza się?

poprawność polityczna w naszej rzeczywistości faktycznie nie istnieje.

poprawność obyczajowa? zapomnij! chociaż, to przecież takie wygodne. jesteś poprawny - jesteś w porządku.  

a ja? poprawna do bólu. tak bardzo, że aż mdli. tak, mnie. innych? może. nie pytałam. to takie niepoprawne skupiać się na sobie. ktoś może pomyśleć, że jestem zarozumiała. suka na dodatek. myśli o sobie!

zdałam sobie sprawę, że moja strefa komfortu poprawnością stoi. szczelnie otulona ma się dobrze. a mnie coraz bardziej uwiera. do tego stopnia, że oglądając niedawno komedię w teatrze na początku nie mogłam się odnaleźć. wątek arabski i kolejny - mocno homoseksualny w dzisiejszych czasach? obśmiewany na dodatek przez całą widownię? takie niepoprawne! ale przecież, teatr po to jest. 

balans - stan klucz. nie mylił się ten, kto stwierdził, że złoty środek jest nastawieniem(?), do którego warto dążyć. permanentna poprawność jest taka nudna! nawet nie do porzygu. nie ma czym zwracać. luz warto wrzucić. zatroszczyć o siebie. przestać narzekać.


internety





poniedziałek, 23 listopada 2015

POSZUKUJĄC #7 kres

praca na własny rachunek, prawie w każdym przypadku, wiąże się z wykonywaniem kolejnych zadań w bardzo egzotycznych - najczęściej mocno nocnych porach. osobiście znam zaledwie kilka osób, które są w stanie (jakim cudem? - nie wiem) unormować swój czas pracy "od do".

pracując przy domowym biurku mam komfort, na przykład w postaci piżamowego dress code'u(!), oszczędzam sporo czasu, przeznaczonego w innym przypadku na dojazd do i z miejsca zatrudnienia, mogę w zasadzie w dowolnym momencie zająć się czymś bardziej palącym, albo zwyczajnie wyjść na spacer czysto towarzyski.

czasami jednak łapię się na tym, że do pracy dobrze wyjść. zwłaszcza wtedy, gdy zdecydowanie przesadzam z mało efektywnym siedzeniem przed komputerem i bardzo małą ilością snu. nie tak dawno temu, śpiąc mniej więcej po cztery godziny (tak trzy/cztery dni z rzędu) odczułam - jakkolwiek można - KRES.

Marcysia z Painta, facebook.com/MarcysiazPainta


padłam na łóżko mniej więcej o drugiej z myślą, że wstanę rano i dokończę... nie wstałam. nie dałam rady. pojawiające się w mojej głowie - już rano - koncepcje typu "po co komu sen" i "skoro dziesięć lat temu dawałam radę, teraz też dam", były wyraźnym sygnałem, że przeginam. leżąc jeszcze w barłogu, pomyślałam sobie, że czas przeorganizować to wszystko.

jak to zrobić? sprawić, że coś świetnie brzmiące w teorii, sprawdzi się w moim osobistym świecie? przede wszystkim, za wielki sukces uznałam samą refleksję nad (chciałam, nie chciałam) wypracowanym stanem. zbiegiem przypadków(?) uczestniczyłam w ostatni weekend w zajęciach, na których między innymi poznałam CZTERY ĆWIARTKI Wilbera. odnoszący się do poziomów (struktury) świadomości człowieka/świadomości w ogóle, świetnie nadaje się do przeanalizowania mojego położenia, "tu i teraz", stopnia zaangażowania w poszczególne obszary mojego życia: ja subiektywnego, realizowanego poprzez rozwój osobisty, ciała - tego co od niego biorę oraz tego, co jemu daję, relacji, w których jestem/nie jest z innymi i z otoczeniem (kulturą), i wreszcie mojego stosunku do pracy, środowiska i ekologii.

jak to brzmi? w moim przypadku taka analiza - szczere przyjrzenie się sobie z lotu ptaka i swoista inwentaryzacja zasobów, oraz przedyskutowanie tego z drugą osobą bardzo mi pomogły. zobaczyłam co i jak. zobaczyłam, na ilu polach posiadam umiejętności i doświadczenie, z których mogę czerpać pełnymi garściami. uczucie warte wysiłku.

dzisiejszy dzień zaczęłam od sporządzenia tygodniowej listy DO ZROBIENIA, na którą wrzuciłam nawet wizytę u dentysty i u znajomych. przyznaję, do niedawna śmieszyły mnie takie rozwiązania. mam świetną pamięć, uznawałam więc za wszelkie listy (poza zakupowymi) za fanaberie godne freelancera. już tak nie uważam - posypuję głowę popiołem i upatruję w tym systemie rozwiązania dla mnie ;)



niedziela, 8 listopada 2015

efekt motyla

definiowany jako anegdotyczne przedstawienie chaosu deterministycznego, wyjątkowo wrażliwego na dowolnie małe zaburzenia, układu równań (przecież wiadomo!), kojarzony raczej z filmem o takimże tytule, efekt motyla przeze mnie stosowany jest jako metafora powiązań naszych - tak, precyzuję, moich - zachowań i wyborów, podjętych w dalszej lub bliższej przeszłości, z tym co dzieje się teraz. można prościej? jasne: nic nie pozostaje bez echa.


o związkach będzie. 

pomijając miłosne uniesienia, motyle w brzuchu - a jakże(!), emocjonalne napięcia, zgrzyty i rozejmy, orgazmy cielesne i intelektualne, a także całą życiową resztę, olśniło mnie ostatnio. wszystkie moje dotychczasowe relacje rzutują na moje obecne nastawienie. kilkuletnie strategie, które obierałam i dość skutecznie wykorzystywałam w różnych partnerskich sytuacjach, kładą się śladem na - powtórzę się, owszem - moją obecną postawę. można prościej? oczywiście: łapię się na tym, że znowu k*rwa robię to samo. 

jestem wyczulona na zmiany nastroju (doprecyzujmy: nie mojego), na łudzące podobieństwo pewnych historii, z automatu wywołujących u mnie panikę (jak się zachować??? która strategia będzie najlepsza???!), na sygnały, których de facto nie ma i w zasadzie na wszystko. popadłam w przesadę, również somatyczną. po czteroletnim związku z wegetarianinem (proces myślowy: on nie je mięsa -> je soję -> ja jem soję razem z nim), uczuliło mnie - najprawdopodobniej na skutek reakcji krzyżowej - na tę cholerną sojowa dietę. nie ma próżni. wszystko jest ze sobą powiązane. wdrukowuje się w mózg i ciało, wyskakując jak pajac z pudełka przy każdej nadarzającej się okazji.

to nic, że teraz jest inaczej (każda relacja jest niepowtarzalna), jestem starsza i jakoś uczuciowo mądrzejsza - wszystkie doświadczenia traktuję jako niezwykle cenne. w sytuacji podbramkowej prawie zawsze pojawiają się MYŚLI. i są. i tkwią. i wiercą.

a przecież wiem, widzę, czuję całą sobą, że to całkiem nowa jakość. powtarzam sobie (piszę czasami na kartce) WYLUZUJ. pomaga. na coraz dłużej.